Już prawie koniec semestru, a ja czuje, że nie dam już rady. Znowu myślę o tym, żeby zrezygnować. Tyle lat chciałam iść na te studia, a gdy udało mi się to zrealizować, nie daje rady, czuje, że zawiodłam być może innych, ale najbardziej samą siebie. Jestem wykończona, po raz kolejny chora, nie dosypiam, jem już głównie jedynie wieczorami, bo wtedy mam czas. Bije już rekordy w długości snu, zdarza się nawet, że śpię jedynie godzinę, może półtorej. Staję się coraz bardziej płaczliwa. Myślę, że powinnam najpierw uporządkować swoją psychikę a dopiero później myśleć o studiach. Nie wierzę w siebie. Denerwuję mnie to, że innym tak łatwo przychodzi odpowiadanie na zajęciach, mimo że mówią zupełnie nie na temat, leją wodę, to i tak wychodzą na tym lepiej niż ja. Tak bardzo nie chcę gadać głupot, jeśli nie jestem pewna czegoś na 100%, boję się, że coś palnę dlatego zazwyczaj kończy się na tym, że w ogóle się nie odzywam. Więc nawet jeśli coś wiem to tego nie mówię. Wychodzę na idiotkę, która nic nie wie.
Sytuacja z matką nadal nie uporządkowana. Ciągle nie wiem na co tak właściwie się przygotowywać. Bo gdy rozmawiamy przez telefon wydaje się przemiła, tylko że przez to jak traktowała mnie przez tyle lat mam wrażenie, że to co mówi jest nieszczere. Zresztą gdy przyjeżdżam do domu wszystko wraca, zachowuje się jak dawniej. Także po raz kolejny jestem skołowana. Zarzuca mi nawet, że to ja ją źle traktuje. Nie okazuje jej uczuć. Przez ostatnie kilka dni mam cholerną ochotę żeby ktoś mnie przytulił, może nawet ona. Ojciec wreszcie dostał pracę, dosyć daleko, więc w domu będzie pojawiał się dosyć rzadko, chociaż sam tego chciał. Mówił, że gdy tylko znajdzie pracę to się wyprowadzi, bo nie może wytrzymać z matką. Jak na razie w pracy średnio mu się podoba. Dostałam więc rolę wspierania go i pocieszania. Tylko jak mam go wspierać i pocieszać jeśli sama tego potrzebuje, kiedy w moim życiu wszystko się pieprzy. Znowu została mi narzucona rola "opiekuna", nadal jestem łącznikiem między nimi. Czemu to ja muszę się tym zajmować, niech ktoś wreszcie zdejmie ze mnie tą odpowiedzialność za nich, za ich nastroję.
Poproszę wreszcie o pozytywne zmiany w moim życiu.
Sytuacja z matką nadal nie uporządkowana. Ciągle nie wiem na co tak właściwie się przygotowywać. Bo gdy rozmawiamy przez telefon wydaje się przemiła, tylko że przez to jak traktowała mnie przez tyle lat mam wrażenie, że to co mówi jest nieszczere. Zresztą gdy przyjeżdżam do domu wszystko wraca, zachowuje się jak dawniej. Także po raz kolejny jestem skołowana. Zarzuca mi nawet, że to ja ją źle traktuje. Nie okazuje jej uczuć. Przez ostatnie kilka dni mam cholerną ochotę żeby ktoś mnie przytulił, może nawet ona. Ojciec wreszcie dostał pracę, dosyć daleko, więc w domu będzie pojawiał się dosyć rzadko, chociaż sam tego chciał. Mówił, że gdy tylko znajdzie pracę to się wyprowadzi, bo nie może wytrzymać z matką. Jak na razie w pracy średnio mu się podoba. Dostałam więc rolę wspierania go i pocieszania. Tylko jak mam go wspierać i pocieszać jeśli sama tego potrzebuje, kiedy w moim życiu wszystko się pieprzy. Znowu została mi narzucona rola "opiekuna", nadal jestem łącznikiem między nimi. Czemu to ja muszę się tym zajmować, niech ktoś wreszcie zdejmie ze mnie tą odpowiedzialność za nich, za ich nastroję.
Poproszę wreszcie o pozytywne zmiany w moim życiu.
Tagi:
life
18.01.2012 o godz. 23:42



nie rezygnuj.
PAŹDZIERNIK.... :<
hm... terapia Słońce, terapia.... <przyyyyyyyyyyyyyyyyyyyytuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuulaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa>
a ten.... w zasadzie to możesz im jakoś zasygnalizować, że to TY jesteś dzieckiem, i że to ONI powinni Cię wspierać, a nie na odwrót.. Ale kurczę tu kolejny problem - (nie)umiejętność rozmawiania ze sobą nawzajem i odbierania komunikatów... znam to z autopsji. ;)
ehhh... gdybym mogła, to wręczyłabym Ci caaaluśki bukiet pozytywnych zmian w Twoim życiu...
żeby to wszystko kurwa było takie proste. :/